2012|04|28

XIII Konferencja ds. Handlu i Rozwoju

Dr Marek Bańczyk występował w roli eksperta na UNCTAD XIII w Doha (Katar), w ramach Programu Kreatywnej Gospodarki ONZ.

2011|10|26

Start Konsorcjum Marki Poznań

Koncepcję projektu opracował Instytut IKER.

2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

PUBLIKACJE » [Metropolia] Metrotriada: o trzech takich, co chcą ukraść słońce

Tomasz Achrem, Marek Bańczyk, "Metropolia"
Sytuacja Poznania na tle Wrocławia i Warszawy jest bardziej skomplikowana niż sądzą zarówno malkontenci, jak i ślepi na argumenty niewolnicy status quo. Wygląda to mniej więcej tak: Poznań, mając do dyspozycji teoretycznie najmocniejsze zasoby, bogaci się, ale nie zmierza w stronę metropolii. Tymczasem Wrocław wyraźnie w tym kierunku podąża, a Warszawa już metropolią jest.
Święta Księga mówi krzepiąco, że ostatni będą pierwszymi. Bardzo to miło z Jej strony i trzymamy Ją za słowo, ale jednocześnie zauważamy skromnie, że na tym łez padole najczęściej jest dokładnie odwrotnie. Pierwsi pozostają tym bardziej pierwsi, a ostatni nie kończą biegu. Jak Fernando Alonso wywalczy w kwalifikacjach pole position, to przyjeżdża również w czołówce na metę. Podobnie w hierarchii miast. Londyn tak się ustawił, że przez całe dekady, a nawet wieki nie można go przechytrzyć. Pomimo tego, że są miasta większe i z jakichś przyczyn - lepsze, a jednak – co Londyn, to Londyn i już. W rozwoju miast hierarchia jest zarówno wynikiem rywalizacji, jak i czymś, co ją determinuje. W świecie cywilizowanego kapitalizmu hierarchia miast jest już okrzepła. Do czasu jakiegoś większego regionalnego resetu nic się raczej nie zmieni. W świecie również cywilizowanym, ale z przerwami na różne kalekie eksperymenty typu socjalizm czy trzecia droga, hierarchia miast jest właśnie po takim resecie: tworzy się na nowo i krzepnie. Innymi słowy, jak by to ujął Marek Koterski, wszyscy jesteśmy Robertami Kubicami. Zaczynamy walkę o pole position. Jeśli ją prześpimy albo przegramy, to pozostanie nam albo czekać na spełnienie się słów Świętej Księgi, albo – zmiana bolidu Formuły 1 na hulajnogę. Pokpienie najbliższych lat może Poznań kosztować stopniowe staczanie się do roli kompletnej prowincji. Do tego zbyt wielkiej, żeby czerpać korzyści z sielankowych uroków prowincjonalności. Z kolei dobry start może okazać się początkiem jednego z najlepszych wyścigów w naszej historii, bo i bolid niezły, i wiatr sprzyja.
W zakresie rywalizacji polskich miast żyjemy w czasach szczególnych. W ciągu ostatnich kilku oraz następnych kilkunastu lat zapadnie wiele rozstrzygnięć, których skutki odczuwały będą całe pokolenia. Płyną do nas szerokim strumieniem inwestycje bezpośrednie zagranicznych i polskich firm oraz środki unijne, mające zasypać cywilizacyjną przepaść między nami a Zachodem. Środki te porównać można jedynie do planu Marshalla. Po prawie 60 latach Polska doczekała się swojego nowego Recovery Program. Co więcej, z trzech etatowych makroregionów ulubionych przez inwestorów (Azja Południowo-Wschodnia, Ameryka Łacińska, Europa Środkowo-Wschodnia) to właśnie nasz region nabiera tempa. Umiejętności w pozyskiwaniu owych środków, uczciwe nimi zarządzanie, inwestycje w obszary budujące trwałą przewagę konkurencyjną – to zadania na dziś, ze skutkami sięgającymi w daleką przyszłość. Innymi słowy – to, jaki miasto wybiorą nasze prawnuki do realizacji własnych marzeń zależy także od naszych dzisiejszych decyzji. Taka wielka fala inwestycji zdarza się w przyrodzie wielokrotnie rzadziej niż odwiedziny komety Halleya.
Nie sposób jednak wygrać startu, nie oglądając się na rywali i nie analizując przebiegu okrążeń. Dlatego poznaniacy chętnie porównują sytuację Poznania z innymi miastami. Nie wszyscy równie chętnie słuchają wyników takich porównań. Szczególnie, gdy okazuje się, że nie jest to tradycyjna laurka. Tutaj zresztą w sukurs przychodzą im różni pogodni zaklinacze, mówiący: nie ulegajmy manii porównań, po co porównywać, każde miasto jest piękne, takie porównywanie jest niezdrowe itp. Niby racja. Każde miasto pewnie i ma swój urok, ale urok to nie znaczy zawsze to samo. Coś może być urocze albo - tfu, na psa urok... Urok ma każde ciało, również - ciała niebieskie, a jednak jedne ciała niebieskie krążą wokół drugich, a nie wszystkie wokół wszystkich. Wynika z tego określona hierarchia, opis konstelacji, porównanie orbit i odległości od Słońca. A poza tym, porównywanie to jedna z podstawowych czynności analitycznych mózgu i nawet gdyby była niezdrowa, jest na wskroś ludzka. Zresztą, czy złażenie z drzewa, przestawianie się na postawę wyprostowaną i pozbywanie sierści było zdrowe? A dało nam panowanie nad światem, więc już nie grymaśmy i jeśli trzeba – porównujmy.
NAJLEPSZA Z ŻON
Jako punkt wyjścia proponujemy obrać ciekawą wypowiedź prof. Jerzego Regulskiego. Pod koniec września ubiegłego roku, na fali pojawiających się porównań Poznania z Wrocławiem, słusznie nimi zaintrygowany Tomasz Cylka z GŁOSU WIELKOPOLSKIEGO zrobił to, co robi rzetelny dziennikarz – zapytał eksperta. Ekspert odpowiedział całkiem znienacka pewnym wyznaniem: Lepsza jest zawsze cudza żona. Potem zaś wytłumaczył – cytat z pamięci - że chodzi o typowy mechanizm: Wrocław wydaje się lepszy poznaniakom, Poznań – wrocławianom, a tymczasem prof. Regulski sprawę dobrze zna, bo w obu miastach bywa i wie, że wszystkie trzy (omawiał też Kraków) mają bardzo podobny potencjał i wszystkie się świetnie rozwijają. I w ogóle te porównania to takie strachy na lachy, naiwne pytania, kto ma ładniejszy rynek. Ta barwna wypowiedź z obrazkową metaforą od razu nadziała się na bagnety prostych kontrargumentów w naszych głowach, na razie – na poziomie samej metafory. Przypadkiem również mamy żony i uważamy stanowczo, że nasze są dla nas lepsze od cudzych. Schodząc zaś z metafory na poznański bruk, uważamy, że Poznań jest lepszym miastem od innych. Dlatego przecież w nim mieszkamy. Co nie znaczy, że nie zauważamy, że coś mu dolega. Nawet najlepszej z żon można powiedzieć, ile ma stopni gorączki podczas grypy i dać lekarstwo, zamiast udawać, że nic się nie dzieje i ryzykować komplikacje w postaci zapalenia mięśnia sercowego. Zresztą, człowiek, który nie mówi najlepszej z żon na czas np. o oczku w pończosze, ryzykuje nagłą śmierć.
Zainspirowani pogodnym, ludycznym podejściem pana profesora, sami dla własnego dobra i spokoju poznawczego postanowiliśmy spojrzeć na to, jaki potencjał mają Poznań i Wrocław, skąd miasta te przychodzą, czym są i do czego dążą. Dodaliśmy im do towarzystwa Warszawę, bo po pierwsze – wydaje się być na czele pochodu miast polskich, po drugie (z czym chyba prof. Regulski się zgodzi) – z kobietą zawsze raźniej. Kraków natomiast weźmiemy na celownik innym razem. Nie dlatego, że lekceważymy ten daleki gród albo go nie lubimy, ale dlatego, że porównanie z Krakowem nie wzbudza w poznaniakach żadnych emocji. Warszawie przecież chcielibyśmy dorównać, Wrocławiowi pokazać miejsce w szeregu. Choć z drugiej strony odnosimy się do Wrocławia tak, jak kiedyś porównywaliśmy się do Warszawy. Na wrocławskich forach pojawia się ciągle Poznań, kiedyś jako wzorzec, a teraz częściej jako powalony na deski rywal. Analiza zawarta w tym artykule nie pretenduje ani do miana pełnej, ani nieomylnej. Dotyczy szerokiego wachlarza cech opisujących pozycje i ścieżki rozwojowe wymienionych miast w sposób dość wyczerpujący, ale selektywny. Skupiamy uwagę na sześciu aspektach: potencjale gospodarczym, profilu biznesowym i pozycji w Polsce, dostępie do światowej Metrosieci, marce miasta zagranicą, marce miasta w Polsce oraz rozwoju klasy kreatywnej. Aspekty te definiujemy i opisujemy w osobnych ramkach, w tekście odnosząc się do nich wybiórczo i tylko w miarę potrzeby.
IL DUTKIE, CZYLI ZNACZENIE PRZYWÓDZTWA
Wpiszmy się na początek w charakterystyczny dla styczniowych wydawnictw klimat podsumowań ubiegłego roku oraz prognoz na rok przyszły. Zaczniemy od głupkowatego stwierdzenia, że - choć to w Polsce nieczęste - wiele osób miało w zeszłym roku powody do wielkiej radości. Kibice naszej piłkarskiej reprezentacji zawdzięczają swoje wzruszenia Leo Beenhakkerowi – starszemu panu z duszą zdobywcy. Kibice polskiej siatkówki są wdzięczni innemu trenerowi światowego formatu - Raúlowi Lozano. Fani większości innych dyscyplin mogą, póki co, o takich chwilach dumy i satysfakcji dopiero pomarzyć. Bowiem brak w tych dyscyplinach prawdziwych przywódców. Mieszkańcy Wrocławia też byli szczęściarzami. Słyszymy o ich osiągnięciach w przekonywaniu BIE (Międzynarodowe Biuro Wystaw) do organizacji EXPO 2012 właśnie we Wrocławiu, a nie w koreańskim Yosu czy też marokańskim Tangerze. Swój podziw dla sukcesów prezydenta Rafała Dutkiewicza wrocławianie wyrazili dobitnie, wybierając go na kolejną kadencję już w pierwszej turze, przygniatającą większością prawie 85% głosów. Nam przypominają się czasy, kiedy mogliśmy innym jedynie zazdrościć. Amerykanom zazdrościliśmy Ronalda Reagana, gdy nam wypowiadał wojnę ponury osobnik w okularach spawacza. Gdy w Anglii rządził apostoł nowoczesnej lewicy - Tony Blair, u nas straszył Leszek Miller - pogrobowiec najgorszego jej wcielenia. A teraz znowu Wrocław...
Rafał Dutkiewicz odwiedził w grudniu ub.r. Poznań, aby promować swoją książkę. Członkowie Konsorcjum METROPOLIA POZNAŃ mieli okazję porozmawiać z nim podczas spotkania zaaranżowanego przez magazyn METROPOLIA. Nasze nadzieję, co do klasy konkurenta, z którym mamy do czynienia, okazały się niestety płonne. To nie jest tylko sprytny menadżer. Jest to niestety zawodnik kategorii open. Szkoda, że Dutkiewicza nie można zatrudnić w Poznaniu. Nie stanie się naszym Leo Beenhakkerem. Przez kolejne cztery lata będzie najpoważniejszą bodaj przewagą konkurencyjną Wrocławia nad naszym miastem. Możemy mieć tylko nadzieję, że za cztery lata Wrocław będzie już dla jego wizji i ambicji za mały. Prezydent Polski? Dlaczego nie? To będą pewnie owe NOWE HORYZONTY Rafała Dutkiewicza.
BANA NA PUSTY PERÓN
Ale czy sam Dutkiewicz tyle może? Albo Grobelny? Albo Gronkiewicz-Waltz? A nawet Kaczyński? W końcu nec Hercules contra plures. Można zasadnie poddawać w wątpliwość znaczący wpływ przywódcy na dobrobyt, rozwój, atmosferę czy wizerunek miasta lub państwa. Znane są twierdzenia, że demokratyczne wybory wygrywają ludzie mniej lub bardziej przypadkowi. Lepsi lub gorsi. Rzadko trafiają się bowiem szaleńcy w typie Hitlera czy mężowie stanu, tacy jak Churchill (czyt. czerczil). Najczęściej wygrywa przeciętność. I niezależnie od tej przeciętności, wiatr historii, położenie geograficzne, zasoby naturalne, etos mieszkańców, etc. stawiają jedno miasto ponad drugim, rozwijają jedno państwo szybciej niż jego sąsiadów. My uważamy, że przywództwo dla dobrobytu społeczeństw jest jednak sprawą kluczową. Doskonałym przykładem skutków fatalnego przywództwa jest los Argentyny ze swadą opisany przez Paula Johnsona w HISTORII ŚWIATA PO ROKU 1917. Argentyna w latach międzywojennych wzorowała rozwój swej gospodarki na przykładzie Kanady i Australii. Podobnie jak Kanada, przeżyła ona okres wielkiego rozkwitu w latach 1900-1914, zwolniła tempo w rozwoju w latach 20., doznała wielkich trudności w latach 1923-1933, by odtąd rozwijać się stale, w skali 2 do 3% rocznie, notując ciągły postęp w produkcji przemysłowej, górnictwie, przemyśle naftowym, energetyce i sektorze użyteczności publicznej. Stała się pierwszym krajem Ameryki Łacińskiej, którego gospodarka rozwijała się z rzeczywistym rozmachem. Działały tam mechanizmy rynkowe, machinę państwową ograniczono do minimum, stale rosła liczebność klasy średniej, istniała wolna prasa i panowała praworządność. W latach II wojny światowej Argentyna cieszyła się dobrobytem niespotykanym na całej półkuli południowej, oprócz Australii - zarobki osiągnęły poziom zachodnioeuropejski. (...) Kluczowe znaczenie miał zamach [wojskowy] w Argentynie, do którego doszło w 1943 r. Junta wyznaczyła na stanowisko ministra pracy niejakiego pułkownika Juana Peróna (...). [Perón] pokazał światu, w jaki sposób manipuluje się demokracją polegającą na liczeniu głów. (...) Zapewnił sobie 24 lutego 1945 r. efektowne zwycięstwo w wolnych wyborach (...). Pełniąc urząd prezydenta, Perón zademonstrował w klasyczny sposób, jak (...) doprowadzić gospodarkę do ruiny. Zarządził nacjonalizację Banku Centralnego, kolei, usług telekomunikacyjnych, gazownictwa, elektryczności, rybołówstwa, transportu lotniczego, stalowni i ubezpieczeń. Nakazał utworzenie państwowego urzędu kontroli eksportu. (...) Wydatki na cele publiczne (liczone w stosunku do całego dochodu narodowego) wzrosły w ciągu pięciu lat z 19,5 do 29,5%. Nie uznawał żadnej hierarchii ważności. Oznajmił społeczeństwu, że od razu dostanie wszystko. Teoretycznie tak się stało. Robotnikom wypłacano trzynaście pensji w roku, otrzymali płatne urlopy i system zasiłków socjalnych na poziomie skandynawskim. (...) Do 1961 r. udało mu się wyczerpać rezerwy kraju i doprowadzić do jego dekapitalizacji, zniszczyć bilans płatniczy i nadać inflacji charakter systemowy. (...) Uniemożliwił działalność Sądu Najwyższego. Poddał kontroli rozgłośnię radiową oraz dziennik LA PRENSA - największą gazetę w Ameryce Łacińskiej. Znieprawił uniwersytety, igrał z konstytucją. (...) Wówczas miara się przebrała. Armia odsunęła Peróna od władzy. Zbiegł z kraju na pokładzie paragwajskiej kanonierki. Jego następcom nie udało się jednak przywrócić formy owego państwa-minimum, które pozwoliło Argentynie osiągnąć zamożność. (...) Powstał ogromny, pasożytniczy aparat administracyjny, zbyt potężne związki zawodowe, gigantyczna armia pracowników państwowych. (...) Jeśli raz dopuści się do rozrastania się państwa, niemal nie sposób zahamować tego procesu. Dziedzictwo Peróna okazało się trwalsze niż jego retoryka. (...) Zaprzepaściwszy szansę osiągnięcia zaawansowanego stopnia rozwoju gospodarczego, kraj ten stoczył się do poziomu drugorzędnej republiki południowoamerykańskiej, trwale skazanej na przemysłowe zacofanie, brak politycznej stabilizacji i tyranię wojskową.
Nie rysując żadnych czarnych scenariuszy, powiedzmy otwarcie - obecny stan gospodarczy Poznania na tle Polski jest podobnie korzystny, jak stan gospodarki argentyńskiej przed Perónem na tle krajów Ameryki Południowej. Niemniej nie wystarczy tego stanu tylko nie zepsuć. Nieprzestawiony umiejętnie na tory nowej gospodarki usługowej może po prostu przestać wystarczać. Symptomy tego już widać. Analiza Dolnego Śląska w miesięczniku HOME&MARKET obfituje w tytuły, takie jak Rozpędzony region. Analogiczny raport dla Wielkopolski wspomina oczywiście o niskich kosztach, rentowności, przedsiębiorczości. Ale zionie nostalgią za dawnym tempem. Andrzej Głowacki - szef DGA - mówi wprost: (...) czekam na odrodzenie Wielkopolski, bo uważam, ze ostatnie 20 lat to jej przegrana. Kiedy przyjeżdżałem tu w 1978 r., Poznań kwitł rozwojem, targami, bliskością Berlina. A teraz niestety elity opuszczają Poznań. Teraz i Berlin ma się gorzej – wysokie bezrobocie, długi i przegrane sprawy przed Sądem Najwyższym. Ale to nie Berlin jest winien, że Poznań stracił pozycję lidera rozwoju. Zresztą, bliskość i odległość geograficzna powoli stają się gospodarczo coraz mniej istotne. Jak powiedział socjolog Jacques Dellul – Nowe technologie zdekonstruowały pojęcie odległości. Przed laty, podczas wykładu na poznańskiej Akademii Ekonomicznej, radca handlowy ambasady Chile przedstawiał budzące zachwyt młodych słuchaczy osiągnięcia tamtejszej gospodarki. Odezwała się jedna z pań profesor, że co nam do Chile, że to tak daleko, że czym my pohandlujemy, że to bez sensu i tak dalej w stylu wiersza Brzechwy: Jest słoń z trąbami dwiema / I tylko... wysp tych nie ma. Na to radca poinformował osłupiałą panią profesor, że największym partnerem handlowym Chile jest Japonia, a do Japonii jest stamtąd tak daleko, jak do Polski.
PINK FLOYD A SPRAWA POZNAŃSKA
Sytuacja Poznania na tle Wrocławia i Warszawy jest bardziej skomplikowana niż sądzą zarówno malkontenci, jak i ślepi na argumenty niewolnicy status quo. Wygląda to mniej więcej tak: Poznań, mając do dyspozycji teoretycznie najmocniejsze zasoby, bogaci się, ale nie zmierza w stronę metropolii. Tymczasem Wrocław wyraźnie w tym kierunku podąża, a Warszawa już metropolią jest. Rzut oka na sąsiedni artykuł historyczny Dariusza Śmiejkowskiego pokazuje, że dla zrozumienia tego stanu rzeczy nie wystarcza osławiona powódź, która zmusiła Wrocław do wielkiej mobilizacji i ostrego ruchu w górę. Wrocław już był metropolią o znaczeniu europejskim, więc po prostu z impetem stara się wrócić na utraconą pozycję, choć po raz pierwszy pod polską banderą. Wrocław wraca. Mógłby się w sumie nazywać Wracław. Niby inni ludzie, ale jednak coś z genius locii zostaje. Nie jest to jednak żadne wytłumaczenie, dlaczego Poznań nie mógłby się europejską metropolią stać. W końcu miał wysoką pozycję w państwie polskim, gdy Warszawa nadal była wsią. Jeżeli nawet widać między Poznaniem a Warszawą dysproporcje niewytłumaczalne li tylko liczbą ludności, jeśli nawet wiemy, że dzieli nas od Warszawy przepaść w pozycji biznesowej, nowoczesności struktury gospodarczej czy poziomie połączenia z Metrosiecią, to czy rzeczywiście usprawiedliwia to odpuszczenie sobie sprawy? A co ze stwierdzeniami typu: i tak nie wyjdzie, cieszmy się tym, co jest, nie mamy przecież wsparcia centralnego? Czy naszym organicznikom, w których glorii tak lubimy się grzać, przeszłoby coś takiego przez gardło? A Cegielski niby miał wsparcie centralne? Czyje? Bismarcka? Jeśli Wrocław może zmierzać susami w stronę słońca, my nie tylko TEŻ możemy, my możemy BARDZIEJ. Mamy w końcu większy potencjał, co widać wyraźnie w analizie. Wrocław szarżuje niekiedy boso, ale zawsze w ostrogach.
Różnice, które my opisujemy poprzez abstrakcyjnie brzmiące analizy pozycji hierarchicznej czy teorie klasy kreatywnej, widać tu i ówdzie nawet gołym okiem. Kiedy ostatnio Poznań był gospodarzem jakiejś centralnej imprezy typu Sylwester w jednym z głównych kanałów telewizji? A może ktoś pamięta któregoś z poznańskich prezydentów w BBC World? Może zajechał tu do nas jakiś Peter Greenaway? Nawet posępna z pozoru rocznica wprowadzenia stanu wojennego, obchodzona przez prezydenta państwa w tym, a nie innym miejscu, rzutuje na hierarchię. Z kolei, nawet potencjał medialny wielkich gwiazd i wydarzeń - jakimś cudem ściągniętych do Poznania - potrafimy zmarnować, jak Perón zmarnował Argentynę. Roger Waters wybrał Poznań na miejsce światowej prapremiery swojej opery. Była ona wydarzeniem medialnym na długo zanim powstała. Nawet w takiej sytuacji Poznań batalię medialną przegrywa. Przegrywa z Gdańskiem, który w tym samym momencie gości Davida Gilmoura. Waters jest w telewizji, ale to Gilmour od kilku dni jest reklamowany (przez UM Gdańska) w najbardziej odpowiednim medium, czyli w kilku stacjach radiowych. Portale internetowe, a nawet poważny dziennik piszą kompletnie kuriozalne rzeczy o pojedynku dwóch liderów Pink Floyd, zrównując tym samym rangę obu wydarzeń. Jak bardzo absurdalne jest porównywanie odgrzewania kotletów w postaci setnego koncertu byłego gitarzysty Pink Floyd w setnym kraju z premierą opery, na którą muzyczny świat czekał z niecierpliwością, widać po relacjach portali zachodnich. One w zasadzie koncertu Gilmoura nie zauważyły, o Watersie pisały w tonie sensacji. Nasz defekt metropolitalny nie pozwolił tego wykorzystać PRowsko. Defekt metropolitalny Poznania na tle Warszawy czy nawet niekiedy na tle Wrocławia widać w rzeczach tak bardzo ulotnych, jak PR, ale także w rzeczach istotnie mobilnych, jak również – w zgoła nieruchomych.
WNIEBOBRANI (ALE W TRZECIEJ KOLEJNOŚCI)
Za ważne kryterium dotyczące profilu i pozycji miasta można uznać mobilność jego mieszkańców. Tymi, którym najbardziej zależy na czasie, a muszą poruszać się na wielkie odległości, są pasażerowie linii lotniczych. Ławica to niestety jedyne lotnisko z pierwszej szóstki w Polsce, które utraciło swoją pozycję. Jeszcze w 2004 r. była piąta – przed Strachowicami. Dynamika dwóch ostatnich lat nie może więc cieszyć. Wprawdzie Ławica osiągnęła 78% wzrostu, ale to prawie dwukrotnie mniej niż lotnisko wrocławskie – 132%. Okęcie regularnie traci przewagę nad konkurentami – wzrost jedynie o 33%, czyli połowę wolniej niż Ławica, jednak nadal obsługuje ponad połowę, bo 52% pasażerów w Polsce. W tej kategorii przyszłość Poznania i Wrocławia nie wygląda różowo – gramy wspólnie w trzeciej lidze. Ekstraklasa to Warszawa. Druga liga to Kraków - Balice (2,1 mln. pasażerów, wzrost - 200%), Katowice – Pyrzowice (1,3 mln., wzrost - 152%) oraz Gdańsk – Rębiechowo (1,1 mln., wzrost - 170%). Także wydana przez Ministra Infrastruktury Informacja o kierunkach rozwoju lotnictwa cywilnego do roku 2010 dzieli porty lotnicze na trzy klasy: port lotniczy centralny (International connecting point) Warszawa – Okęcie, port lotniczy główny regionalny (Community connecting point) Kraków – Balice oraz port lotniczy regionalny (Regional and accessibility point). Do tej trzeciej grupy przynależą – wraz z dziesięcioma innymi – lotniska we Wrocławiu i Poznaniu. Okęcie pełni też funkcje jedynego portu węzłowego – tzw. HUB-u. A teraz coś z wiadomości dobrych: ULC przewiduje, że w ciągu nadchodzących lat struktura przewozów będzie ulegać dalszym zmianom i w ciągu najbliższych kilku lat to właśnie do regionalnych portów wykonywana będzie większość połączeń. Najbardziej rozbudowaną siatkę połączeń regularnych posiada Warszawa - do 40 miast poza Polską, potem są: Kraków (34), Katowice (17), Gdańsk (16) i Wrocław (14). Z Poznania można dolecieć tylko do 7 miast: Warszawy, Londynu, Dublina, Kopenhagi, Monachium i Frankfurtu. Według prognoz ULC rynek lotniczy w Polsce jeszcze przez kilka najbliższych lat będzie rozwijał się bardzo dynamicznie, osiągając w roku 2010 poziom około 22 mln. pasażerów. W roku 2020 będzie 41 mln. pasażerów, natomiast w roku 2030 - ponad 63 mln. Przeprowadzone w Porcie Lotniczym Gdańsk badania final destination wykazały, iż jedynie 32% pasażerów odlatujących z gdańskiego lotniska dociera bezpośrednio do swego portu docelowego. Dla pozostałych 68% pasażerów jest to jedynie pierwszy etap połączenia z międzylądowaniem. Wielkość ta świadczy wyraźnie o dużym, niewykorzystanym strumieniu potoków pasażerów, korzystających z obecnej siatki połączeń bezpośrednich. Biorąc pod uwagę jeszcze skromniejszą liczbę połączeń bezpośrednich z Poznania, można przypuszczać, że lecąc z Ławicy jeszcze więcej osób skorzystałoby z następnych połączeń bezpośrednich. Dziwić mogła na przykład ogromna popularność lotów na trasie Poznań – Monachium. Podczas niedawnej podróży ta zagadka znalazła rozwiązanie – w Monachium do wyjścia z lotniska poszła tylko jedna (!) osoba, reszta pasażerów leciała gdzieś dalej. W dziedzinie połączeń lotniczych potrzeba Wrocławiowi, ale przede wszystkim Poznaniowi odważnych i zdecydowanych działań. W Poznaniu ich jednak nie widać. Skromne zapowiedzi jednego dodatkowego połączenia na przyszły rok – do Sztokholmu – muszą budzić jedynie uśmiech politowania. Port we Wrocławiu planuje wyrwanie się z uścisków PPL, wejście na giełdę i pozyskanie pieniędzy na rozwój. Który to już raz w ostatnich latach wymyślili coś wcześniej niż my?
Skutkiem tego firmy kierują się tam, gdzie coś wymyślili, a wymyślają tam coś, bo poszły tam firmy. W RANKINGU 500 największych polskich przedsiębiorstw tygodnika POLITYKA za rok 2005 największy jest oczywiście udział firm, mających centrale w Warszawie. Wiele napisano już o masowym przenoszeniu do Warszawy central firm, a więc miejsc dających najlepiej płatne oraz najbardziej kreatywne miejsca pracy. Wszelkie urzędy centralne, jak w Bizancjum, lokuje się w Warszawie. Tam też wolą pracować prezesi wielkich firm, którzy przenoszą do Warszawy centrale, bo tylko tam można coś „załatwić”. Produkcja i centra logistyczne zostają więc na prowincji, a centrale uciekają do metropolii. Z Poznania wyprowadziły swoje siedziby lub przeniosły najlepiej płatne działy (np. marketing i sprzedaż, finanse, zasoby ludzkie, badania i rozwój, IT, prawo i administracja) w ostatnich latach: Bank Zachodni WBK, Nestlé, S.C. Johnson, Aral, AWR Wprost, Bestfoods (Unilever), ExxonMobil, GlaxoSmithKline, Morliny. Tendencja ta została - jak się wydaje - w ostatnim czasie na szczęście zatrzymana. Poznań pozostaje ciągle najlepszym, poza Warszawą, miejscem do lokowania central firm, a podpoznańskie parki przemysłowe i centra logistyczne - do lokowania produkcji i magazynów. Całe szczęście, że w tej pierwszej kategorii wciąż wyraźnie górujemy nad Wrocławiem. W drugiej zresztą – jeszcze wyraźniej. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?
BEZRUCH W NIERUCHOMOŚCIACH
Na rynku nieruchomości o cenie decyduje, oprócz zwykłej gry popytu i podaży, jeszcze jeden kluczowy czynnik – lokalizacja. Innymi słowy, im lepsza lokalizacja, tym wyższa cena. Przyjrzyjmy się zatem cenom nieruchomości. Analizy rynku nieruchomości w Polsce prowadzone są najczęściej dla sześciu największych polskich miast: Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta, Łodzi i Poznania. Według redNet Property Group, aktualne (XII 2006 r.) średnie ceny nowych mieszkań w zł. za m2 wynoszą: w Warszawie 7.354 (wzrost XII 2005 r. – XII 2006 r. o 51%), w Krakowie 7.201 (wzrost o 70%), we Wrocławiu 6.548 (wzrost o 74%), w Trójmieście 5.851 (wzrost o 68%), w Łodzi 4.436 (wzrost o 53%) i wreszcie w Poznaniu 4.356 (wzrost o 29%). Mimo różnego tempa wzrostu cen, kolejność miast w analizowanych latach jest właściwie niezmienna. Poza jednym wyjątkiem: grudzień 2006 r. był pierwszym miesiącem, kiedy ceny w Łodzi przeskoczyły ceny poznańskie (!). Podobnie zachowywały się średnie ceny oferowanych używanych mieszkań. Według serwisu szybko.pl wyglądało to w XII 2006 r. następująco (w zł. za m2): Warszawa 7.903 (wzrost XII 2005 r. – XII 2006 r. o 58%), w Krakowie 7.172 (wzrost o 62%), we Wrocławiu 6.282 (wzrost o 85%), w Trójmieście 5.375 (wzrost o 75%) i w Poznaniu 4.783 (wzrost o 36%). Znowu – najdynamiczniej we Wrocławiu, najspokojniej w Poznaniu. GAZETA WYBORCZA zamieszcza komentarz Moniki Kosińskiej z szybko.pl: [Wrocław] to miasto, które przeżywa boom gospodarczy i inwestycyjny. Niezbyt odległy jest moment, kiedy ceny mieszkań osiągną tu poziom krakowski lub warszawski. Nie dziwi więc, że stolica Dolnego Śląska znalazła się na celowniku wielu inwestorów lokujących w mieszkania swój kapitał. Koniec roku 2006 był na rynku nieruchomości okresem rekordów. Ceny, jakie osiągnięto podczas przetargów w Warszawie i Wrocławiu, przyprawiały o zawrót głowy. 7.200 zł za m2 działki przy Chełmskiej w Warszawie, ponad 8.000 zł we Wrocławiu (Centrum Południowe) i wreszcie 13.200 zł za m2 przy Inflanckiej na granicy warszawskiego Śródmieścia i Żoliborza. Te stawki przemówiły do wyobraźni. Trudno było przypuszczać, że ktoś jest w stanie przebić kwoty zapłacone przez hiszpańskich deweloperów. Okazało się, że to była przygrywka. Dwie sąsiednie działki przy ulicy Hożej i Mokotowskiej irlandzcy inwestorzy kupili za 58 mln. zł, czyli niemal 31 tys. zł za m2 (!). Również we Wrocławiu doszło do spektakularnej transakcji – 4,5 ha gruntu kosztowało hiszpańską Grupo PRASA 370 mln. zł. Poznania na tej krótkiej liście ognistych hitów na rynku nieruchomości nie widać. Nasze miasto i pod tym względem tkwi w bezruchu.
FUGAS CHUSTAS
Tu miało być podsumowanie, ale przecież żaden czytelnik do tego miejsca nie dotarł. Ten pseudonaukowy bełkot jest dla normalnego osobnika nie do przebrnięcia. Kto zaś tu dotarł, sam miał możliwość wyrobić sobie zdanie. Zachęcanie go jeszcze do żmudnego analizowania zamieszczonych obok tabel byłoby nieludzkim okrucieństwem. To zajęcie tylko dla pasjonatów. Trzeba mieć z gorem - jak się mówi w Poznaniu – żeby w odpowiedzi na jedną fircykowatą opinię wylewać nagle tysiące niby to mądrych zdań, liczb, teorii i co najbardziej karygodne – własnych sądów. Na zdanie wyrażone w jakimś wywiadzie, którego pewnie nikt nie czytał, a ten, kto czytał, nic nie zapamiętał.
I tak na koniec wracamy do początku. Do ludycznej i malowniczej profesora Regulskiego przypowiastki o wyższości żon cudzych, czyli rzekomej jałowości porównywania Wrocławia z Poznaniem. Rzut okiem na zamieszczone tu i ówdzie ramki porównawcze pokazuje, że różnice miedzy poziomem, potencjałem i rozwojem tych dwóch miast, jak również ich obrazem na tle Warszawy są gruntowne. Różnic jest więcej niż podobieństw i są one znaczące. Najprościej mówiąc, w wyścigu po miejsce startowe są ci, co przed nami dalej prują do przodu oraz ci, co za nami mocno przyspieszają, my zaś dryfujemy sobie gdzieś na skos (niestety nawet nie na szagę). I słuchamy nabożnie, że żona cudza. Wydaje się więc, że profesor najzwyczajniej nic ciekawego nie miał akurat do powiedzenia i po prostu uciekł w ludową metaforę. W metaforę odpowiednią może dla sympatycznych rumianych bab w kolorowych chustach sprzedających pyry na targu, ale w poważnych dyskusjach o przyszłości miasta – kompletnie bezużyteczną. W sarmackiej polszczyźnie używano hybrydy polsko-łacińskiej: fugas chrustas, czyli uciekł w krzaki. Trawestując to powiedzenie, profesor Regulski po prostu fugas chustas, czyli uciekł w chusty (kolorowe). I może dobrze, bo jeśli nie fugas, to myli się on po trzykroć: Poznań nie ma takiego samego potencjału jak Wrocław, nie rozwija się tak samo, a oba miasta nie rozwijały się w ostatnich latach znakomicie. Poznań ma większy potencjał, Wrocław się lepiej rozwija, ale naprawdę znakomicie przez ostatnie lata rozwijała się tylko Warszawa.
Wiemy, że rozwój Wrocławia czy Warszawy nie oznacza, że u nas nagle zgaśnie światło. Że nie jest tak, że to albo my im, albo oni nam ukradną słońce. Ale wiemy też, że z Wrocławiem pozostajemy jednak w układzie wyraźnej rywalizacji, opisywanej do pewnego stopnia przez teorię gier z zerowym rezultatem i dlatego nie można zasypiać gruszek w popiele. Będziemy więc jeszcze na tych łamach dorzucać do ognia, żeby się zajarało. Żeby wyzwolić energię i nabrać odpowiedniego rozmachu. Żebyśmy my sami i wszyscy dookoła zrozumieli, że realizm to nie to samo, co skarlenie ambicji i zwiotczenie woli. Że bezlitosna, ale rzetelna analiza, to nie obsesja anorektycznej modelki, która co godzina włazi na wagę. Że dziarskie wyjście poza własny ukochany fyrtel albo nawet poza ten kulejący Berlin, to nie marzenia o Wyspach Bergamutach. A przede wszystkim, żeby się stało jasne, że kto nie maszeruje – ten powoli gnije. A my przecież kochamy życie, do cholery. Czy nie?

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl